WYSYP ŻYWYCH TRUPÓW
SHAUN OF THE DEAD
Shaun ma trzydzieści lat, nudną pracę w sklepie z elektroniką, współlokatora leżącego całymi dniami na kanapie i dziewczynę, która ma serdecznie dość tego, że każdy wieczór kończą w tym samym pubie.
Gdy Londyn ogarnia epidemia zmieniająca ludzi w żywe trupy, Shaun opracowuje plan: zabrać mamę i dziewczynę, pojechać do pubu, napić się piwa i przeczekać. Ten plan zdecydowanie nie jest dobry. Ale dzięki niemu powstała jedna z najlepszych komedii w historii brytyjskiego kina.
WYSYP ŻYWYCH TRUPÓW dał światu zarówno duet Simon Pegg i Nick Frost, jak i Edgara Wrighta, reżysera, który w kolejnych swoich filmach przesuwał granice wizualnych gagów, tworząc z nich coś na kształt koncertu, w którym grają nie tylko zabawne dialogi, a też przemyślane co do ułamka sekundy cięcia montażowe czy precyzyjnie zaprojektowane ujęcia. Dzięki temu w WYSYPIE ŻYWYCH TRUPÓW z wielką radością obserwujemy narodziny stylu, który później Wright rozwinie w takich arcydziełach komedii jak HOT FUZZ, SCOTT PILGRIM KONTRA ŚWIAT czy BABY DRIVER.
Najlepszą recenzję wystawił jednak filmowi sam George A. Romero, który obejrzał WYSYP ŻYWYCH TRUPÓW samotnie w kinie na Florydzie, a potem zaprosił Wrighta i Pegga do ZIEMI ŻYWYCH TRUPÓW – obsadzając ich, rzecz jasna, w rolach zombie. Trudno o czytelniejsze błogosławieństwo, bo film Wrighta nie jest parodią klasyków Romera, tylko listem miłosnym napisanym przez kogoś, kto zna je na pamięć: pełnym szacunku, ale też świadomym, że w brytyjskiej wersji apokalipsy najważniejsze jest, żeby nikt nie rozlał piwa.
Tekst: dr Grzegorz Fortuna
.png)
.png)


